13 lipca 2012

Eva Hitler.


Kolejny zapach głębi wabi na pokuszenie zmysły.

Pomyślała: boję się głębokości tylko dlatego, że nie potrafię pływać. Więc kuszę kuszenie, pokuszam pokusę i czekam, jak kot Jejmość Wisi w pustych ścianach na znak obecności.

Nie czekał na zbyt wiele, bo i niczego się nie doszukiwał.
To nieplanowanie czasem doprowadza go do szału.
Dla jakości - wymyślił plan, który skrzętnie realizuje, żeby nie zdradzić światu nieprzygotowania i ułomności.
Idealnym nie zdarzają się pomyłki, w idealności należy trwać.
Schody, może niezbyt strome, zaczynają się wtedy, kiedy zasłona spadnie.

Szukała punktu odniesienia i miała nadzieję, że ludzka otwartość wydepcze jej ścieżkę. Lubiła długie spacery i nie przerażała jej odległość do Jego wnętrza.

Zostawił maskę na łazienkowej półce i zaczął zadawać pytania.
Ciekawość nie dawała mu spokoju. Nie myślał nad indywidualnością i poddał się temu, czego tak bardzo się wystrzegał. Miał nadzieję, że świat nie zauważy.

Dostrzegła nutę dezorientacji, która pociągnęła za sobą całą falę nieporadnych prób i podchodów w jej kierunku. Spojrzenie pokonało konwenanse i udało jej się wywalczyć zainteresowanie.

Wspólny azyl. Wspólny Szaniec.
Wolfschanze, którego dla nich nigdy nie było.

11 lipca 2012

Jego Niebieskość za szkłem sławiona.


Żeby Miło Sławić zaangażowanie, trzeba wygrać bitwę z rutynowym czasem, który z lenistwa i przezorności płynie wolno.
Trzeba postawić się życiu, uzbroić w dystans i wypośrodkowanie.
Żeby pokonać Egoizm potrzeba hektolitrów cierpliwości, hektarów inteligencji, szklanki pewności siebie i odrobiny dobrej woli. Dobry ogrodnik pielęgnuje swoje kwiatki, nie naciska, nie narzuca, a wspiera, gasząc pragnienie.
Ciepły głos wabi do słodkości. Prywatny słoik miodu, który otwiera kod domofonu czeka na skinienie, pozwolenie i inicjatywę. Pokręcony włos buntuje się przeciw rzeczywistości. Chude i długie palce chwytają zręcznie i czule.
Czas, czas, czas. Na filozofię, na wnętrze i zewnętrze.

Tabula rasa ma cztery rogi.
Słowo, dotyk, obecność i podejście. Słowo, dotyk, obecność i podejście.
Słowo, dotyk, obecność i podejście. Słowo, dotyk, obecność i podejście.

Daję słowo, że mądrze.
Dotykam, by zwariować.
Jestem i będę bez względu.
Podchodzę, by rozumieć.

I nie obiecuj, bo nie znam jeszcze etymologii cacanek.
Trwam bez nazywania, jak tchórz z podkulonym ogonem, ale uciekam się do tchórzostwa, by ocalić skarby.


Świerzb, jako weltschmerz Adolfika-nieszczęśnika.


Świerzbią mnie palce. I wbrew wszystkiemu – nie są chore.
Zagubione w równinie liter, zakopane w lawinie myśli, szukają światła, które wyprowadzi je z marazmu i wzniesie na szczyty gór. Bo gdzie indziej można chodzić po górach?
Świerzbią mnie palce, Adolfiku.
Najbardziej stresuje pierwszy krok albo zdecydowany krok.
Im więcej lat, tym mniej pierwszych kroków. Pociągasz za spust poukładanej codzienności i dokonujesz przewrotu. Jak bardzo lubisz przewracać, fikać i koziołkować życie?
Zdecydowane kroki kreują wachlarz osobowości podsycanej nieustannie inteligenckimi marzeniami o arcywielkości, podjudzonymi tak bardzo, że od samego marzenia zadurzam się razem z Tobą w pańskiej utopii idealnej i nie potrafię zadowolić się jakimkolwiek półśrodkiem. Bo głupota lubi tłum.

Świerzbią mnie palce.
Pociągam za spust i zabijam rzeszę.
Zabijam Rzeszę.

27 czerwca 2012

27 Rudy Czerwca.

Dwadzieścia trzy lata, jak dwadzieścia trzy jesieni.
Z dwudziestu trzech wybiorę sto, za które powinnam dziękować każdego dnia pisanej, mentalnej i realnej Przyjaźni.
Przyjaźń przez wielkie PE to nie byle co i nie byle jak.
Przychodzą momenty podsumowania, ale bądź mądrym Fryderykiem, by podsumować z Wikiem.
Wszystko zatapia się w rudości, która koi sytością przekazu w najciemniejszy dzień.
Przypominam sobie zakamarki Twojego umysłu.
Szczęście kosztuje złoty osiemdziesiąt, sława należy do Polski, a ludzika nie rysuję, bo zawsze macha nie tą rączką. Lubię Twoje kwiatki, ogródek i moją łąkę. Łączą nas całe lata ogórków, jaj z majonezem i hektolitry pasztetu. Pływam w brązowym spaghetti i sesjach modowych-majowych-porażkach-mistrz.
Wyciągam dłonie do wojska, które każdego dnia ze mną przy kluczach i przy głowie okupuje ścianę.
Chwyta mnie za serce codzienne milczenie i minimalizm wielkiej realności, który będzie mi towarzyszył do końca świata.
Na Twoją cześć sekret (wiesz który!) jest dumnie przystrzyżony!

Dzikiwiki, Dzikiwiki, Dzikiwiki!
http://www.youtube.com/watch?v=TR5AJPVzuf8

Najlepszego, bo półśrodki są jak tłum.
:*

22 czerwca 2012

Noc świętojańska.


Ze ścięciem zniszczonych końcówek pomyślała, że ścina całe zło, które przypałętało się na niebezpiecznie bliską odległość.
Przekornie – nie myślała zbyt wiele, bo to ułatwiało egzystencję na tyle, że można by się pokusić o uzależnienie.
Spojrzała w lustro.
Nic nie układało się tak, jak w zamierzeniach. Nie wiedziała co począć i zatracała się w nieuczuciu. Wygoda niemyślenia potęgowała nieuczucie nie tylko na słone, ale i na słodkie partie języka.
Pomyślała, że cięcie to przyszłościowy powrót do korzeni w ulepszonej wersji. Chciała maskę nie do upupiania, bo ciągle Fryd- bardziej niż Ferd- do niej przemawia.
Jest monotematyczna i pobieżna.
Postanowiła zmienić wiele. Zaczęła od co nieco i pędzi dalej. W imię inteligencji – będzie przykładem rutynowego systematyzmu, przełamanego słodkim lenistwem. Chciała zagrać w zielone, ale niebieskość truskawek kusi mammonizmem i bardzo jej z tym świetnie.

Za gorsz w niej klasycyzmu. Klasycyzm to nie ona.
Wiła wianki i topiła je w Wiśle, zrzucała codziennie o ósmej zero siedem i czekała na znak, aż dotrą do morza.
Lubiła morze, chociaż unosi się na słowo honoru.
Czeka na słowo i pobiegnie ich szukać.
Uwielbia swoją niby-prozę życia na niby-serio.


5 czerwca 2012

I know that I know You.

Oddycham po cichu, żeby dowiedzieć się kim jestem.
Byłam tu już kiedyś. Szłam tak miękko, jak zawsze.
Za plecami czuję obecność słodkiej niewiedzy, która uskrzydla mnie, napędza i utwierdza w samolubnym przekonaniu o słuszności.
Dokąd iść?
Ciągle przed siebie, gdzie zamarzy każdy opuszek palca.
Słyszę inne oddechy, znam je na tyle, żeby nie bać się odwrócić wzroku.
Idę po zielonej trawie, a tak bardzo nie lubię zielonego.
Lubię poranną rosę, bo wydaje się być na tyle niewinna, na ile po zawinionej nocy należałoby mieć wyrzuty.

Czasem wolę nie pamiętać, umiejętnie puszczam w otchłań elementy zbędne, na które szkoda zachodu.
Zachody i zmierzchy lubię najbardziej, bo zwiastują kres.
Nie ma kresu bez wschodu, nowej nadziei i sposobności.
Chwytam prozaiczność, bo proza nadaje życiu poetycki sens, za którym pędzę każdego dnia.
Pędzę w pojedynkę, z plecakiem skarbów i mądrości przeszłościowo-aktualnych.
Życie jest modne.


Tabula rasa.
Słyszę, jak oddycham.



25 maja 2012

Środek nocy, 24 maja.

Jestem Emilią. Mam dwadzieścia dwie jesieni.


Jestem Emilią, której wiosenna noc spłatała figla, wydarła serce i zostawiła kilka diamentowych, ciężkich łez.
Nie wiem co myśleć. Błąkam się między mrokiem a świtem, zapominam i rozpamiętuję.
Ze wszystkich ścian patrzy na mnie teraźniejsza przeszłość.


Z każdym przedmiotem utożsamiam tę wielką kreskę.
Od wtedy do dziś.
Kartka z serca pięknych wspomnień, okraszona szczyptą bólu, została zapisana do końca. Nie wiem co teraz. Nie szukam półśrodków, ale potrzebuję cholernego dystansu.
Zastanawiam się, czy wymagając od życia klocków Lego, nie za bardzo  dyskwalifikuję inne klocki. Altruizm zderza się z egoizmem prozy i poraża piorunem. Boję się piorunów, ale pięknie władają niebem.

Czy w życiu jest miejsce na szczęście jednostki, współistniejące ze szczęściem drugiej jednostki?
Czy uwarunkowanie szczęścia za każdym razem musi borykać się z resztą świata i trudnymi, może za trudnymi wyborami?
Czy ludzie muszą wchodzić z butami w życie innych ludzi?
Czy zabijanie troską może zniszczyć marzenia?
Co zabija miłość?
Kiedy milczenie jest diamentem?

Miotam palcami po klawiaturze.
Wiem już, jak bolą słowa. Wiem, jak boli słowo za dużo.

Nie chowam urazy, bo za dużo to wszystko znaczy. Nie obiecuję gruszek, bo ciężko je podzielić. Nie obiecuję, bo tego się nauczyłam.

Mogę jedynie dać słowo. To najcenniejsze, co mam.

Słowo, że zawsze w sercu będzie ciepłe miejsce.
Tak na wszelki, gdyby zmarzły Ci dłonie.

10 kwietnia 2012

Kinowa próba.

Niewinny kubek pełen herbaty miesza się wewnętrzną czernią z aromatem owoców, brązem zielonych liści i parą, unoszącą się w kierunku otwartego okna.
Jakby chciała uciec.
Ta para.
Zza ściany dobija się odbicie promieni, które wiosenny wiatr gna między świerkami i furtką peryferyjnego centrum stu-licy, jak stu twarzy.
Jakby chciały wskoczyć.
Te promienie.
Nad monitorem unosi się dźwięk radiowych hitów, przeplatanych informacjami z pierwszej, niewidzialnej nawet ubranym okiem ręki. Odpadły dwa drewniane kwadraty, podświetlone ciepłą łuną nagrzewającej się do czerwoności lampy.
Jakby chciała radio sparzyć.
Ta lampa.
Ona siadła. Wspaniałością ciała, ze wzrokiem utkwionym w punkt odbicia światła, z głową pełną planów i myśli. Wzięła do ręki jej czekoladowość truskawkową i rozpoczęła wędrówkę ku ustom, które truskawkolubne - łapczywie wyczekiwały chwili symbiozy absolutnej.
Jakby bogiem była.
Ta truskawka.
I tak każdego dnia próbowała napisać pokarmową odę, jednak w obliczu realności, pełnej szarych i szarawych doznań, nie mogła dokończyć i nie mogła rozpocząć dzieła życia, które dałoby jej spełnienie, satysfakcję i masę egoistycznych uczuć.
Szukała sensu istnienia w kolorze czerwonym, którego nawet Jego niebieskość nie była w stanie przyćmić.
Jakby chciała skonfrontować.
Z Nim.



2 kwietnia 2012

9 crimes.

Długie milczenie zawsze wyzwala pokłady potrzeb na już.

Tyle niewypowiedzianych, a pomyślanych słów dobija się do głowy, by przejść przez opuszki palców i zawiesić się na asusowym ekranie.

Ten ekran to azyl, jakiego potrzebuję dziś do spełnienia.

Patrzę prawdzie w oczy i powiem Ci, że są niebieskie. Wszystko dla Panów, wszystko królewskie.
Widzę rękę, która nerwowo ściska co popadnie.
Widzę rękę, która wędruje czasem po głowie. Jak ten czas ucieka!
Widzę rękę, która zamyśla się i zasępia na ułamki sekundy, a czasu doścignąć nie może.

Marzy mi się taka ręka na własność.
Tak cenię prywatę i części zarezerwowane tylko dla mnie, że ulegam pokusom umysłu i bawię się smacznymi kreacjami o zapachu parzonej kawy. Żądam piany z białego mleka, pomieszanej z czernią, bo nieśmiertelny klasyk bywa najbardziej pociągający. Nieśmiertelne klasyki zachodzą mi w głowę.
A nie jestem kawoszem, wiesz?




18 marca 2012

Grzechu Warta.

Za wysłuchanie tej wiosny należy się największa kawa z mlekiem.
Za brak wahania i gotowość należy się największa kawa z mlekiem i pianką.
Serduszka piankowe!
Plecami do świata śpiewasz leniwą piosenkę.
"Ruszaj się Bruno, idziemy na piwo! Niechybnie brakuje tam nas! 
Od stania w miejscu niejeden już zginął. Niejeden zginął już kwiat."
Chodź, ugotuję Ci obiad najsmaczniejszy, jaki potrafię.
Bo nie o smak tu idzie, a o gest. 
Pozmywam szklanki i zrobię strzały pomarańczy.
Cytryna i lód pukają do drzwi. 
Prysznic płata figle zimnej wody, a łóżko dotyka ziemi właśnie po mojej stronie.
Zrozumienie, empatia i świadomość cieszą najszerzej zamknięte oczy.
Jeśli tylko chcesz - bądź, jak George Sand.

Siądę z Tobą na Mariensztacie i pogapimy się w tłum.



16 marca 2012

Zygmuntowi pękło serce.

Tak bardzo możesz wszystko spieprzyć brakiem czułości, której potrzebuję bardziej niż powietrza.

Jak możesz wszystko dystansować i bagatelizować?
Jak możesz zarzucać brak wsparcia? Jak możesz się alienować? Jak unikać, jak planować cokolwiek osobnego?
Jak możesz ranić z premedytacją i śmieć się ironicznie w twarz?
Problem pojawia się wtedy, kiedy coś idzie nie według Twojego scenariusza.
Pan Reżyser.
Nie oczekuj kibicowania w przegranej wojnie, bo nie chcę na to patrzeć!
Zawsze wpajasz swoje racje i przekonania, zawsze mówisz i tłumaczysz, nigdy nie przepraszasz.

Nie potrafisz przepraszać i nie widzisz swojej winy.
Posłuchaj Egoisty, może nauczysz się czegoś nowego.

W życiu nie ma nic bez przyczyny.
O kwiaty trzeba dbać, w przeciwnym razie usychają lub gniją.
Nawet, jeśli masz ochotę zniszczyć cały świat, to nie daje Ci to prawa do krzywdzenia drugich osób.
Jeśli uważasz, że nie krzywdzisz, to postaw się na ich miejscu.
Włącz tę swoją cholerną wyobraźnię i zacznij żyć.
Nie ma związku bez miłości, romantyczności i namiętności. Na słowach i półśrodkach nie zbudujesz niczego.
Półśrodki nie mają żadnych właściwości.

Nie karm mnie półśrodkami, bo uschnę lub zgniję.


http://www.youtube.com/watch?v=hDcu1i9EvgA

14 marca 2012

A Hundred Reasons Why.

S T O   P O W O D Ó W .
Sto powodów do życia.
Sto powodów do uśmiechu.
Słucham nieustannie, jak idziesz za mną krok w krok. [Możesz iść tuż obok Zygmunta.]
Słucham, jak idziesz na koniec świata.
Na końcu świata znajdziesz sens, którego szukam od dawna. Tam od ścian odbijają się powody do życia. Jeśli lubisz gry i zabawy, to nie musisz po Bursowemu sprawiać sobie aniołka i diabełka. Nie musisz czekać, aż diabełek podstawi aniołkowi nogę i ten wyrżnie głową o bruk.
Zwyczajnie.
Złap swoje sto powodów, ciesz się każdym z osobna i buduj światopogląd, jakich mało.
Uwierz w swoją niepowtarzalność, uwierz w wyjątkowość.
Pomyśl, że stąpasz po świecie, o którym nie masz pojęcia, weź głęboki oddech i zapisz na czole formułkę szczęścia. Pozostań przy życiu, które kochasz.

Pójdę tam z Tobą, będę żyć na milion procent!
Mistrz wyciąga dłonie tylko do miliona.
Wszystko światłe i pełne powietrza, którego łakniesz tak samo, jak słońca.
Światło i serce dają przepustkę do tego, o czym śnisz każdej nocy. Śnij dalej!
Krok do przodu!
Pójdę tam, gdzie znajdę sto powodów.

Chodź ze mną.

12 marca 2012

nocą gdy nie śpię,

Durny dumny Egoista siedzi w pomarańczy i bije się ze światem. Na myśli.
Bije się, bije się, boję.
Obawy uzasadnione i znienawidzona niemoc.
Za głupotę i przesądy przyszło płacić, ale chcę wierzyć, że los zaplanował wszystko na tyle idealnie, żeby poskładało się w najbardziej oczekiwaną całość.


Nie zostawiaj mnie tu samej.
Zbudowałam dystans - taki, jak lubisz, ale wiem już, że to nie ten sposób i nie te lata.
Pogubiłam się w klockach, nie o taką zabawę chodziło. Wobec odległości - zapędzam się w planowaniu czasu, byle nie tęsknić do Miłości. Popadam w planowane uzależnienia, byle nie myśleć, nie czuć. Tak jest łatwiej, przecież wiesz.
W myślach.
W myślach przeczesuję palcami Twoje włosy. Badam opuszkiem milimetry twarzy i zacieszam serce drobiazgami, których łaknę każdego wieczoru. To preludium Nocy.
Zamieńmy wieczorne preludium na Noc! Miłość nie boi się chadzać po nocy.

5 marca 2012

Z pamiętnika Adolfika.

Zainspirowana zbrodniarzem - szukam odniesienia.

Na ile człowiek zły może okazywać społeczeństwu siebie humanitarnego?
Na ile manipulator, Pan - może uczłowieczać się w świecie?

Jestem chłopcem.
Mam swoje klocki i swoje pomysły. Czasem bawię się w wojnę.
Dorosłem.
Jestem mężczyzną.
Mam swoją wojnę i swoją walkę. Walczę w białych rękawiczkach, bo aryjska wyższość upodobała sobie nieskazitelną biel. To moja wojna. Mein Kampf.

Zdobyłem Naród. Wychowałem go, zaprogramowałem.

Mój umysł zabił pięć milionów ludzi. Przesiewałem i cedziłem każdą myśl. Obmyślałem plan.
A potem miałem świat u stóp.
Świat, świateczek.
Prywatną utopię skrywałem w żelbetowych bunkrach.
Matkę Narodów - Ewa, dzieliła ze mną Wilcze łoże.
Mój geniusz okazał się silniejszy od wątłego ciała.
Niszczył od środka buntowniczego artystę.

Skończyłem swe dzieło. Z nadzieją na Exegi monumentum, odebrałem to, o czym decydować mogłem tylko ja. Wziąłem odpowiedzialność za życie.
Zdjąłem rękawiczki.
Wielkie życie i wielkie idee umarły w 1945.
Mój duch zapłakał nad aryjskim ciałem.


Na grobie postawiono zaszczytną tabliczkę:
Adolf Hitler - morderca, rasista, poeta.






2 marca 2012

Sewer, co u Ciebie?

Szalone dni dobiegają końca.

Od stóp po kostki! Od stóp po kostki!
Tyle spokoju w niespokoju, uśmiechu i spontanicznej radości z prozaiczności.
Wanda uśpiona na chwilę. Wando, będę tęsknić, naprawdę!

Zapisując a-susem Twoje starannie skreślone słowa - zatrzymałam się właśnie tutaj.
Zamyśliłam i zadumałam.
Miło na Ciebie wpadać i zaśnieżać się w drodze. Miło weselić. Miło widzieć.
Otwieram kolejny list. I kolejny.
Pewnie nie wiedziałaś, że dwa lata przed najważniejszym rokiem dwudziestego wieku zamilkniesz, a czytać Ciebie, jak siebie, będzie zadumana nad istnieniem istota.

PAMIĘTAJ O BYCIE, FILOZOFIE!


Wanda Karczewska
Milczenie
Pytasz czemu ja milczę. Cóż ty o milczeniu
wiesz moim? Czym jest ono, wiarą czy zwątpieniem,
czy sprawdzaniem historii, przerażeniem? Wszystkim.
Pociąg z dworca odjechał i w twarz wyciął gwizdkiem,
w bagażowni zostały ciężary z przedwczoraj.
Trzeba wziąć je na barki, rozprawiać się z sobą,
wracać w podróż przebytą, sprawdzać semafory,
dłoń do ziemi przykładać, do ukrytych tętnic
i nocy słuchać, nocy, prawdomównej pory.

W suchym blasku księżyca rdzą ciemnieją tory,
krew to czy łzy podróżnych, co jechali tędy?
Gdzieś za łąką pies wyje; tam sąsiad skulony
milczy o tym, że przyszli w mroku i jak cienie
z domu wzięli sąsiada, a on nawet żony
za co bał się zapytać. Mówić zakazali.
Zły to czas, gdy nie winny wybiera milczenie.

Dalej, głębiej w noc zanurz się, jak Dante w piekło,
idź po śladach twych kroków, zadeptanych marzeń.
W domy, sady patrz. Nieraz już jechałeś tędy,
nic cię w oczy prócz iskry nigdy nie zapiekło?
Teraz okna i furtki ludzkie mają twarze,
a w nich cienie udręki, niepokoju plamy.
Kiedyś zieleń świeciła ci, pachniały dęby...

Żwir pod stopą gdzieś zgrzytnął, trzaska wieko trumny.
Strażnik szczęka kluczami, skrzypią więzień bramy
i wychodzą z ciemności, jak z wody topielcy,
żywi, niosąc umarłych za sobą na rękach,
otaczając cię ciasno, pod gardło podchodzą
i z ust, które im wczoraj gipsowano kłamstwem
winy nie popełnionej, wybiega westchnienie...

Nie uciekaj, nie zdołasz. Ich głos cię wyszuka,
nie ukryjesz się nigdzie, ich wzrok cios ci zada. K.90
Do drzwi twoich wołaniem i do snu zastuka:
Gdzieście byli wybrańcy, narodu sumienie,
gdy nas żywych chowali? Zdrada, zdrada, zdrada!”

Pokazywać im pęta, które nam z rąk zdjęto
także dzisiaj? Czy za bicz pochwycić
prawdy teraz zbyt późnej, by wychłostać w mocy
była winnych? Rachunek zamknąć pocieszeniem:
Już po burzy, po strachu, po zbrodniach i nocy.”?

Pytasz czemu ja milczę?
Cóż innego zostaje, jeśli nie milczenie?

Sierpień 1956.


-------
Sierpień 1956, jak marzec 2012.