25 sierpnia 2013

Adolfa Hitlera rasa, naród i państwo.

     Patriotyczna świadomość Adolfa Hitlera wykształciła się już w jego domu rodzinnym. Małoletni Adolf zdawał sobie sprawę z tego, że „(…) miejsce Austrii jest w niemieckiej ojczyźnie. Wspólna krew powinna należeć do wspólnej Rzeszy”.
Rozwój polityczny Adolfa następował niebywale szybko i nasilił się, kiedy po śmierci obojga rodziców, przeprowadził się do Wiednia. Jak czytamy w Mein Kampf: „Niemiecki Austriak, który żył w granicach wielkiego imperium, nie stracił poczucia patriotyzmu. Jedynie on widział w tym państwie imperium. Przeznaczenie oderwało go od wspólnej ojczyzny. (…) Krąg widzenia Niemca austriackiego był szerszy niż mieszkańców reszty imperium”. Po wystąpieniu Austrii ze Związku Niemieckiego jej obraz uległ diametralnej zmianie. W wielonarodowym państwie austro-węgierskim Austriacy pochodzenia niemieckiego stali się nagle mniejszością. W związku z imigracją ze wschodu oraz panującą pod koniec XIX wieku tendencją do ucieczek z terenów wiejskich, Wiedeń stał się „wieżą Babel narodów”.
         Zdaniem Hitlera, aby utrzymać wielkość imperium, należało dbać o czystość rasy. „Człowiek pochodzenia germańskiego (…), utrzymując czystość rasy, podniósł się do roli pana i pozostanie panem tak długo, jak długo nie dopuści się haniebnego czynu mieszania krwi”.
         Samo pojęcie rasy pojawiło się wraz z epoką podbojów i kolonializmu. W 1735 roku Karol Linneusz stworzył podstawy współczesnej systematyki biologicznej. Rozróżnił cztery rasy ludzkie: białą rasę Europejczyków, czerwoną Indian, żółtą Azjatów i czarną Afrykanów. „Biali uznawani byli za rasę bardziej wartościową, <<wyższą>>, czarni za rasę pośledniejszą, >>niższą<<”. Termin „Ariowie” (Aryjczycy) wywodzi się pierwotnie z osiemnasto- i dziewiętnastowiecznej lingwistyki. Jest powiązany z podobieństwem między indyjskim sanskrytem a szeregiem języków indoeuropejskich. W 1808 roku Friedrich Schlegel stwierdził, że zarówno Praindowie, jak i Praindoeuropejczycy są potomkami tego samego tajemniczego, prehistorycznego ludu. Schlegel twierdził, że lud ten wędrował na północ w poszukiwaniu góry Meru – axis mundi ich wszechświata, która mogłaby wskazywać na jego pochodzenie. W związku z przybyciem do Indii około roku 2000 p.n.e. ludu o jasnej skórze, zwanego w sanskryckim Arya, Schlegel zaczął określać go mianem Arier – Ariowie (Aryjczycy). „Pokrewieństwo rdzenia Ari z niemieckim słowem Ehre (cześć, honor) pozwoliło mu uznać ich za arystokratyczną rasę panów”. Za ich pierwotną ojczyznę uznawana była Wyżyna Irańska - Aryan (dziś Iran).
         Zgodnie z założeniami Hitlera, „jeżeli podzielimy rasę ludzką na trzy kategorie – twórców, obrońców i niszczycieli – rasa aryjska może być uważana za reprezentującą tę pierwszą kategorię”. Na przestrzeni wieków to właśnie Aryjczycy odpowiedzialni są za stworzenie szeroko rozumianej kultury, odciskającej swoje piętno na ziemi i w ludziach, którzy się jej podporządkowują. „Droga którą kroczył Aryjczyk, była jasno wyznaczona. Będąc zdobywcą, podbił >>niższych ludzi<<. (…) Chociaż wymuszał ciężką pracę, to jednak nie tylko ochraniał  ich życie, ale także zapewniał lepszą egzystencję (…)”. Hitler wyraźnie zaznaczał, że największym grzechem Aryjczyków było przeciwstawienie się zasadzie czystości krwi, ponieważ mogłoby ono nieuchronnie doprowadzić do końca ich istnienia jako narodu wybranego. „Aryjczyk wyrzekł się czystości krwi. Tym samym swego prawa do pozostania w raju, który dla siebie stworzył. Tonął, przygnieciony mieszaniną ras i stopniowo tracił na zawsze swoje cywilizacyjne zdolności”. Hitler wierzył i nauczał, że Bóg stworzył Aryjczyka na swój obraz i podobieństwo. Był on bogoczłowiekiem, „Prometeuszem ludzkości”. „Autentyczny Aryjczyk był prawdopodobnie nomadem. Dopiero później, po pewnym czasie, osiedlił się – to dowodzi, że on nigdy nie był Żydem!” Żyd był śmiertelnym wrogiem Aryjczyka, „był pasożytem na ciele innych narodów. (…) Jego rozmnożenie na całym świecie jest typowe dla pasożytów! Żyd, tak, jak pasożyt zawsze poszukuje nowych żerowisk dla swojej rasy”.
Przeciwstawianie Żydów Aryjczykom wiąże się ze wspomnianą wyżej nauką Schlegla oraz jego ucznia – Christiana Lassena. O ile Schlegel powstrzymywał się od jakiejkolwiek oceny wartościującej, o tyle Lassen gloryfikował Ariów, ogłaszając ich przeciwieństwem Żydów. Zgodnie z biblijnymi założeniami, sądzono, że dawniej język hebrajski był pierwotnym językiem całej ludzkości, teraz zaś – rodziny języków zostały zdefiniowane jako rasy. W związku z tym, że hebrajski nie jest pokrewny sanskrytowi, a innym językom Azji Zachodniej, poczęto mówić o rasie semickiej, nazywanej od imienia jednego z synów Noego”.
          Adolf obiecywał, że poprzez oczyszczenie krwi z obcych wpływów i zniszczenie śmiertelnego wroga – Żydów, stworzy nowy raj, w którym można będzie hodować bogoludzi. Zanim jednak jego obietnica miałaby się spełnić, konieczną była apokaliptyczna walka pomiędzy narodem wybranym – Aryjczykami, a dziećmi szatana – Żydami. „>>Ludobójstwo i oczekiwanie zbawienia<<, zbawienie przez >>ostateczne  rozwiązanie<<, zmartwychwstanie po masowym mordzie ofiarnym – to była (…) eschatologia jego gnozy krwi”. Zatem zasadniczym celem polityki narodowosocjalistycznej było zniszczenie zła – Żydów, a wojna była jedynie środkiem do jego osiągnięcia.
         Pogląd ten wydaje się analogiczny do poglądu Mickiewicza, który marząc o wolności i zażegnaniu konfliktów między narodami, świadomy był, że może ono nastąpić tylko i wyłącznie wtedy, kiedy poprzedzi je okrutna i krwawa rewolucja.
         Wizja państwa Hitlera nieodzownie wiąże się z pojęciem czystości rasy. W Mein Kampf czytamy: „Główną zasadą, którą musimy zauważyć, jest to, że państwo nie jest celem, ale środkiem. Jest podstawą, na której opiera się kultura. Pamiętajmy jednak, że to nie państwo dało jej początek. To raczej obecność rasy wyposażonej w możliwości cywilizacyjne ją wytworzyła”.
Hitler wyróżnił trzy rodzaje postrzegania państwa przez obywateli. Pierwszy prezentują ludzie, którzy „widzą państwo jako mniej więcej dobrowolny zbiór ludzi pod administracją rządu. Dla nich istnienie państwa stanowi wyłącznie żądanie jego nienaruszalności”. Koncepcja ta wiąże się z tak zwanym państwem autorytetu, w którym to nie państwo służy ludziom, ale ludzie służą autorytetowi państwowemu. Drugi sposób postrzegania, oprócz autorytetu państwa, bierze także pod uwagę dobro poddanych. „Sam fakt, że istnieje rząd, nie jest wystarczającym powodem, by otaczać go najwyższą czcią. Rząd musi zdać egzamin i udowodnić, że jest praktyczny”. Trzecia grupa postrzega państwo jako „środek realizacji bardzo niejasno wyobrażonych tendencji polityki siły przez zjednoczony naród, mówiący tym samym językiem”.
Adolf utrzymywał, że nawet w obliczu tego, że to ludzie kształtują państwo, możliwość zaniku ludzkiej rasy nie jest wyeliminowana. „Narody czy też jeszcze lepiej rasy, posiadające kulturalne i twórcze talenty, mają te pożądane, ukryte zalety”, niezbędne do stworzenia lepszej natury ludzkiej. Rzeczywistość niemiecką przyrównywał do świata tak kwitnącego i wspaniałego, jak ten, który stworzyli starożytni Grecy. Według Hitlera w zdrowym we wszystkich częściach, na ciele i duszy narodzie, może wzrastać duma narodowa, jednak zaznacza on, że tak wzniosłe uczucie może drzemać jedynie w człowieku, który zna wielkość  swojego narodu. „Dlatego zadaniem narodowego państwa będzie zachowanie rasy i dostosowanie jej do spełnienia końcowych i największych decyzji na tym globie przez odpowiednie wykształcenie swojej młodzieży”. Z jego punktu widzenia, wykształcenie Niemca powinno zakończyć się służbą w armii.
Obowiązkiem państwa „nie jest ograniczenie decydującego wpływu znajdującego się w rękach panującej obecnie klasy społecznej, ale wyselekcjonowanie najbardziej kompetentnych umysłów z całej masy narodu”. Hitler uważał, że rozwijanie ciała w państwie narodowym nie jest sprawą jednostki. „(…) człowiek ze średnim wykształceniem, ale ze zdrowym ciałem i o silnym charakterze, wypełniony radosną pewnością siebie i siłą woli, jest większa wartością dla społeczeństwa niż wysoko wykształcony cherlak”. W jego mniemaniu nie ma nacjonalizmów wyróżniających jakąś klasę. Bycie dumnym ze swojego narodu możliwe było wtedy, kiedy nie było w nim klasy, która by zawstydzała.
Zanim Hitler doszedł do władzy, uważał, że w instytucji, którą wówczas zupełnie niesłusznie nazywano państwem, istniały jedynie dwa typy jednostek: obywatele państwa i obcokrajowcy. „Obywatelami państwa są wszyscy ci, którzy zarówno przez urodzenie, jak i naturalizację korzystają z praw obywatelskich”, obcokrajowcami natomiast są ci, którzy „korzystają z podobnych praw w innych państwach”. Jednostki te nie miały nic wspólnego z narodowością i rasą. Bycie obywatelem Rzeszy miało dla niego o wiele większy wymiar. „Bycie obywatelem Rzeszy, nawet jeżeli jest się tylko zamiataczem ulic, musi być uważane za większy honor niż bycie królem w obcym kraju”.
Narodowe państwo Adolfa Hitlera okazało się instytucją, którą udało mu się powołać do życia, a złożony z obywateli Rzeszy naród stał się kopalnią nieskalanej aryjskości.

Profetyzm i wieszcze posłannictwo – przewodzenie narodowi ku wolności.

Księgi Narodu Polskiego i Pielgrzymstwa Polskiego są utworem, który Mickiewicz celowo stylizował na tekst sakralny, natchniony. W ostatnim rozdziale Ksiąg pielgrzymstwa czytamy: „Te są księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego, nie wymyślone, ale zebrane z dziejów polskich, i z pism, i z opowiadań, i z nauk Polaków, ludzi pobożnych i poświęconych za Ojczyznę, Męczenników, Wyznawców i Pielgrzymów. A niektóre rzeczy z łaski Bożej”. Fragment ten w sposób jawny przedstawia nam wszelkie atrybuty proroka – człowieka, którego ustami przemawia Bóg. Wiktor Weintraub słusznie zauważa, że nauka Ksiąg „wyrosła z narodowej tradycji, i to z jej najszlachetniejszego nurtu, tego, który może się wylegitymować ludźmi, co dla sprawy narodowej przelewali krew i poszli na tułaczkę (…) te >>niektóre rzeczy<< pojawiły się tam z bożego natchnienia. Nic nie jest w nich (…) dziedziną indywidualnej inwencji. Wszystko należy do zakresu sacrum i domaga się od czytelnika wiary”. W pierwotnej redakcji utworu Mickiewicz wymienił z nazwiska swoich patronów ideowych, między innymi Józefa Oleszkiewicza, jednak w ostateczności zostały one usunięte, ponieważ znajdowałyby się w opozycji do tradycji narodowej i natchnienia bożego.
         O aspiracjach Mickiewicza do sakralnej rangi Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego świadczy już wygląd karty tytułowej, przypominającej książeczkę do nabożeństwa. Do Biblii nawiązuje także tytuł – Księgi, jak również fakt, że nie można tam znaleźć nazwiska autora, ponieważ broszura pojawiała się bezimiennie. Analogicznie – autor rozbija tekst na krótkie, ponumerowane rozdziały bez tytułów. „Biblijne są formy podawcze, jak parabola i krótkie pouczenie, biblijna składnia, która upodobała sobie w parataksie, biblijne słownictwo”.
         Powołanie się na autorytet Biblii dla dodania wagi pouczeniom zawartym w dziele było zabiegiem pospolitym w chrześcijańskiej literaturze dydaktycznej. Posługując się parabolą, Mickiewicz mógł ukryć prawdę, którą chciał przekazać, przed tymi, którzy nie należeli do kręgu wybranych i wtajemniczonych. Według Zofii Stefanowskiej przypowieść jest „formą właściwą rewelacji, a więc nauka,  płynąca z przypowieści, nabiera charakteru prawdy nowej, objawianej”. Figuralne podporządkowanie całej historii proroctwu narodowemu w Księgach narodu było tym właśnie momentem rewelatorskim i nowym. Stefanowska słusznie zauważa, że Księgi pielgrzymstwa były o wiele bardziej narażone na zatarcie programowej nowości, ze względu na to, że mogły być odbierane jako echo tradycyjnej dydaktyki narodowej. Dopiero przypowieść mogła dać wskazaniom Mickiewicza nowy wymiar. „I podobnie jak figuralna interpretacja historii w Księgach narodu nadawała tragedii polskiej wieczysty zakrój, tak w Księgach pielgrzymstwa przypowieści, także przecież na zasadzie rozumowania przez analogię oparte, wynoszą zasady patriotyczne do rzędu odwiecznych, podstawowych praw”. Księgi miały nauczać religii wolności i wiary w jej zwycięstwo.
         W przypadku Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego pojęcie narodu również nabiera charakteru sakralnego. Naród Mickiewicza jest narodem wybranym, któremu Bóg przeznaczył szczytną rolę - „cierpienia jego mają odkupić ludzkość w dziedzinie politycznej, mają zainaugurować  nową epokę w historii świata, epokę, w której zasady chrześcijaństwa będą obowiązywały w polityce, w której zapanuje wolność”. Polsce przypadła rola odkupiciela ludzkości. Mickiewiczowskie Księgi mają ujawnić nadprzyrodzony sens Golgoty narodu, natchnąć wiarą, że „Golgota ta jest rękojmią nie tylko zmartwychwstania, ale i wspaniałej przyszłości, wykrzesać z martyrologii optymizm”. Rezultatem takiego stanowiska jest u Mickiewicza idealizacja narodu i jego przeszłości.
         Wiktor Weintraub zwraca również uwagę na kwestię rozumowania politycznego, a więc kwestię starotestamentową – żydowską. Żydzi odrzucili Odkupienie, dlatego też u Mickiewicza słowo „Żyd” ma negatywne konotacje. W polityce Żyd kieruje się przede wszystkim zasadą interesu, neguje chrześcijaństwo. W pojęciu Mickiewicza natomiast, „chrześcijaństwo przekreśla tradycyjne kategorie polityczne i domaga się tak ułożenia stosunków międzynarodowych, jak i rozwiązania problemów społecznych na zupełnie innych zasadach”. Profetyczna wizja autora Księg zakłada w tym przypadku swoisty paradoks, bowiem radykalne odpolitycznienie emigracji jest konsekwencją radykalnego upolitycznienia chrześcijaństwa. U Weintrauba czytamy: „to nie ułomni ludzie, ale Opatrzność zatroszczy się o to, jak w przyszłości ułożą się stosunki między narodami i jakie formy ustrojowe zapanują w świecie”. Chrześcijaństwo miało okazać się Odkupieniem polityczno-społecznym, swoistą zapowiedzią nadejścia Królestwa Bożego.
Profetyzm w Księgach ujawnia się już od pierwszego słowa. Mickiewicz jawi się nam jako swego rodzaju autorytet, którego nieugięta wiara i wiedza o sprawach niedostępnych dla zwykłych śmiertelników, uprawniają do tego posunięcia. Choć w realiach roku 1832 nie było mowy o jakiejkolwiek anonimowości autora Ksiąg, to jednak bezimienne wydanie utworu nie było przejawem pokory, a raczej ogromnych aspiracji Mickiewicza. Konsekwencja, z jaką stylizuje on Księgi na biblijne, odciska swoje piętno w podświadomości czytelnika, ciągle przypominając, że ma on do czynienia z tekstem sakralnym. Autor staje się wieszczem, zapowiadającym nadejście wolności. Okrutna rewolucja zapoczątkuje nową erę - chrystianizacja życia politycznego i społecznego zażegna konflikty między narodami: „Albowiem porty i morza, i lądy są dziedzictwem ludów wolnych. Alboż kłóci się Litwin z Polakiem o granice Niemna, i o Grodno, i o Białystok? Przetoż powiadam Wam, iż Francuz i Niemiec, i Moskal muszą być jako Polak i Litwin”. Owa rewolucja zdaje się być narzędziem gniewu bożego, który spadnie na pełną nieprawości cywilizację. „Aprobował ją Mickiewicz jako sprawiedliwą karę spadłą na cywilizację pełną nieprawości, potępiał jako kataklizm, który powodowany wyłącznie duchem sprawiedliwości, a oby miłości, jest chrześcijański i który dlatego to nie zdoła założyć podwalin na lepszą przyszłość”. W Księgach czytamy: „Nie obruszajcie się tak bardzo na bałwochwalców, bijcie ich słowem, a inni ich pobiją mieczem; a ci, co ich pobiją, są Żydzi, czyli ludzie starego zakonu, którzy czczą Wszechmocność ludu i Równość, i Wolność. Oni nienawidzą bałwochwalców, a nie mają miłości ku bliźnim, i zesłani są na wytępienie bałwochwalców Chananejczyków”.
Wyobraźnia historyczna Mickiewicza z całą pewnością była urzeczona apokaliptycznymi wizjami pojmowania przyszłości. W chiliastycznym pojmowaniu świata rewolucja była swego rodzaju kataklizmem, w którym poeta upatrywał rękojmię wspaniałej przyszłości. Historiozofia Mickiewicza zakłada nadejście Chrystusa, tryumfującego po zwycięstwie bezbożnej rewolucji jako deus ex machina. Nieszczęścia asekurowały eschatologiczną wyobraźnię Mickiewicza. „Profetyzm pozwalał dzięki temu tak na spełnienie najszczytniejszych marzeń, jak i na okrutną, bezwzględną rozprawę z tym wszystkim, co we współczesnym świecie drażniło, niepokoiło, bolało”.
         Wieszcze posłannictwo Mickiewicza objawiało się również w aspekcie praktycznym. Obawiał się Zachodu, tego, że może on zdemoralizować uchodźstwo i wpoić im swoją cywilizacyjną wyższość, toteż w Księgach jawnie dopomina się, aby emigranci kultywowali swoją odrębność narodową: „Wy zaś obchodźcie święta Wasze narodowe (…) obchodźcie zwyczajem przodków Waszych”, „Nie naśladujcie bałwochwalców w ubiorach Waszych (…) Wy noście czamary powstańskie, i starsi, i młodsi; bo wszyscy jesteście żołnierzami powstania Ojczyzny”.
         Patrząc na Księgi z dzisiejszej perspektywy, inaczej rysują nam się Księgi narodu, a inaczej Księgi pielgrzymstwa. Pierwsze są swego rodzaju romantyczną egzaltacją, w której zawiera się historiozoficzna megalomania narodowa Polaków. Drugie natomiast, postrzegane są jako ówczesny kodeks postępowania, którego ekspresja patriotyzmu połączonego z religią uświęca, jak i sublimuje. Polska tradycja literacka nie miała nigdy tak przekonującego w drodze do wolności przewodnika, jak Mickiewicz. Profetyzm w Księgach stał się zatem generatorem wielkiej energii poetyckiej oraz zmaterializowanym utopizmem programu politycznego wieszcza.




20 sierpnia 2013

Niebo pełne Grzechu.

Wartościowanie świata zaczyna nabierać koloru, który ma milion odcieni.
Niebieski z jasnym, niebieski z ciemnym, niebieski, niebieski butelkowy i niebieski różany.

Lubię niebieski butelkowy, bo nie widać w nim końca.
Lubię niebieski różany, bo nie przestaje błyszczeć.
Niebieski jasny i Niebieski ciemny to kawałki materiału. Można by rzec - idealnie dopasowane i zszyte.

Dzielę świat na pół. 
Połowa z Piekła za nic i za wszystko nie chce wyjść z głowy. Zapuściła nie-winne, drewniane korzenie i co jakiś czas zmienia położenie gwiazd. Może Wenecja? Może Maroko? A może inne Niebieskie, międzyplanetarne miasto?
Połowa z Piekła jest połową, która pachnie falą i Grzechem.
Piekło i Grzech. Grzech i Piekło. Symbioza idealna, namacalna i osiągalna.
Dla świata nieosiągalna, niepojmowalna. 
Połowa po Piekle pachnie nostalgią wieczoru i uczuciem, które wypełnia ją od ćwierci przed do ćwierci po.
Kiedy Jenny zamyka oczy, jej nozdrza wypełniają się zapachem Forresta, pomieszanym z zabójczym i uzależniającym dwutlenkiem węgla.
Zakopała buty w piasku, siadła na chmurze i poczuła, że magia ukryta jest w stopach, które niczego nie żądają. Stopy Forresta zwalniają, żeby stopy Jenny mogły nadążyć.
Dłoń zamyka najczulszym dotykiem muśnięcie. 
Dłoń zamyka czule dłoń.



9 sierpnia 2013

Pielgrzymi.

Od rana mieszczę w głowie wczorajszy zachód słońca.
Zachód słońca, bo zbliża się wieczór, bo zbliża się noc. 
Najbardziej lubię długie-krótkie noce.

Stopy pielgrzymów dają krok. Ważne jest, żeby kroki były równe. Czasami zdarza się tak, że lewa stopa nie nadąża za prawą. Wtedy lewa wpada w panikę, prawa nie rozumie. Prawa zwalnia, ogląda się, szuka. Lewa przyspiesza, wyprzedza prawą, nie ogląda się za siebie, bo czuje, że powinna nadążyć. Czasami też czuje, że w ten sposób ucieknie. Mijają się, czują wzajemnie swoją obecność, ale nie widzą, nie chcą, nie mogą. Chcą, tak bardzo chcą!
Potem prawa przyspiesza, lewa zwalnia.
I znajdują się w połowie drogi. Wzrok ich palców poraża elektryczną chemią. Dopada je wspólny rytm.
Wspólny rytm do tańca i tak samo wspólny do biegania.
Stopy Forresta spotkały stopy Jenny.
Pijane sobą - kroczyły, skakały, zatrzymywały się, biegły. 

Czy stopy dopasowują się tak idealnie, jak dołeczki na brodach?


24 lipca 2013

semi-sweet Forrest.

Półsłodkie białe wino smakuje najlepiej z niebieskiej butelki.

Patrzę na ulubione zdjęcie.
Kłamię.
Patrzę na ulubione zdjęcie.
Kłamie.
Patrzę na ulubione zdjęcie.
Nie kłamię i nie przestaję. Nie kłamię.
 Dopasowanie szczegółowe jest wtedy, kiedy moja broda czekała na swoją bliźniaczą połówkę i spotkały się na łące. Lubię Łąkę, wiesz?



Zamykam oczy i mam w głowie Twoje zamknięte oczy, wytężony węch, który do ust doprowadza śmiertelny dwutlenek węgla, bez którego nie żyję, nie myślę, nie czuję, nie jestem.
Dwutlenek Forresta, bez którego Jenny nie istniała i nie oddychała.
Wszystko jest tak niebiesko-niebieskie!
Upijam się zapachem, upajam się dotykiem. Cieszą się oczy. Jak one się cieszą!
Twoje są ciągle zamknięte. Układają się w zgrabną linię, którą śledzę namiętnie, którą zjadam, równie namiętnie, co łapczywie.
A potem Jenny budzi się ze snu.
Ogląda zdjęcia. Kłamie. Ogląda ulubione. Nie kłamie.
Ogląda: Forrest jej. Forrest bez niej. Forrest dla niej. Forrest z nią. Forrest. Forrest.
Od sześciu do dwudziestukilku miesięcy i do czterdziestu za osiem lub po ośmiu. Jest, będzie i będzie bardziej.
Tak bardzo wierzyła, tak bardzo ufała.
Mama always said:
Jenny Gump - Jenny Forresta.



21 lipca 2013

The gentlest hands.

Jenny czekała na Forresta w ciszy euforycznej radości.
Alabama!
Zerkała raz po raz i kolejny przez szybę. Była przezroczysta.
A potem kolana z waty cukrowej ugięły się pod nią najsłodziej na świecie i zapomniała o szarawej codzienności, okraszonej goryczą pesymizmu.
Śmietankowo-kakaowy pojedynczy tupot ociekał magią z jednej i z drugiej strony. Kleił im się w dłoniach. Kakaowo-śmietankowy przyklejał je do siebie. Przyklejał ich do siebie. Który wybierasz?

Jenny, mam na imię Jenny. Może to coś zmieni?
Czy raj zieleni się tak, jak zieleni się trawa?
Czy to raj? Czy zwyczajna zabawa?
Najpiękniejsze miejsca są o wiele piękniejsze od tego.
Spójrz, ile tu nadziei!



Niebieski most, niebieskie chmury, niebieski Forrest i podobno niebiesko-zielone oczy.
Wartość dodana do umowy między jego Jenny, a jej Forrestem. Ich umowy.

Idealnie pochylał głowę. Zamykał oczy i poddawał się bezwiednie chwili. Lubił włosy i przeczesywał miliony milimetrów. W jego oczach odbijały się wszystkie ukryte wtedy gwiazdy.
Jenny pachniała serem, a mogła przecież wybrać Bubba Gump Shrimp. Byłaby bardziej apetyczna, bardziej osobista, bardziej Forrestowa.

W poniedziałek będzie poniedziałek, ale poniedziałek jest po niedzieli.
Od dziś poniedziałki zaczyna właśnie od niedzieli. Ma wrażenie, że będą zupełnie inne.

Niebieski Forrest błyszczy w jej dłoni.
Przyrzeka mu.
Zaciska pięść i czuje oddech przy uchu. Tak, nobody is perfect.
Za dziesięć lat będzie Forrestem z teledysku.
Za dziesięć lat będzie Jenny za jego plecami.
We just ride.

18 lipca 2013

Ratio-eMpatio.

W tle dobrej roli dźwięczy słodko-gorzki-wesoły-smutek.
Dopada, łapie za kark, zaciska pięści i rzuca na piach.
Szukam ukojenia w Niebieskim.

Zwabiła mnie pułapka na ślimaki. Znowu mnie zwabiła!
Zobaczyłam w oddali błąkającą się Jenny.
Zagubiła się w czasoprzestrzeni i raz po raz stawała na krawędzi. W jej oczach widać było milion myśli, milion łez, milion uśmiechów i milion innych, nieracjonalnych emocji.
[Tak jak ja - Jenny lubiła milion.]
Cieszyła się bardzo cicho z momentów i gestów, które rosły wewnątrz niej.
Im bardziej znała Forresta, tym bardziej ważyła słowa. Bała się, że okażą się dla niego zbyt ciężkie, zbyt wielkie. Nie do udźwignięcia. Nie do pobiegnięcia!
A jeśli Forrest nie pobiegnie?
Zamknęła oczy, objęła jego ramiona i wiedziała, że cały strach zniknie.
Umowa.



Zielona nadzieja - matka głupców - utopiła smutki w miękkiej pomarańczy.
Magiczna oaza miała dzisiaj kolor płytkiego dna.
Jenny bała się nocy.

14 lipca 2013

Invisible Stars.

Zdezorientowana Jenny postawiła stopę w obcej-nieobcej Alabamie, szukając wzrokiem Forresta, którego obraz gościł w jej głowie o każdej godzinie.
Miała nadzieję - jej Forresta.
Ujrzała go z bukietem różnokolorowych uczuć i niewypowiedzianą radością na twarzy.
To wszystko paraliżowało ją wewnętrznie. Rzuciła się w jego ramiona i nie chciała o nich zapomnieć.
Milion myśli kłębiło się w jej głowie. Była oszołomiona. Oczarowana.
Frank o wszystkim doskonale wiedział.
Potem, szukając gwiazd, szukali własnych granic. Nie odnaleźli ich, bo chmury zakryły to, co widać gołym okiem. Gołe oko to szczere oko. Jenny była w tak wysokim niebie, że bała się spojrzeć w dół. Nie wierzyła.


Jenny and me was always together, just like peas and carrots.

Jestem głupią Jenny, która imaginuje Forresta na każdym kroku, ale nie potrafi odmówić sobie szczęścia, jakie ogarnia całe jej ciało - od stóp po uszy - kiedy on jest w zasięgu centymetra kwadratowego.
Forrest, Forrest.
Odbierasz jej racjonalność, odbierasz rozum, a potem znowu podcinasz, podcinasz skrzydła.
Nie podcinaj, bo i tak odrosną. Jak wino bez wina.
Twoja Jenny, pisana od początku, czeka na aprobatę, czeka na znak i pozwolenie.
Jenny wie, że bliskość i obecność to pewnie jedyne, na co może liczyć, jednak nie poddaje się.
Jenny się nie podda!

Kobiecy umysł, pełen imaginacji i szans stworzył Forresta, a potem znalazł go w tłumie przechodniów.
Jej Forrest.
Ona dla Forresta.


3 lipca 2013

Jenny Gump.

Przy dźwiękach pijanego oparami świata Jenny spotkała Forresta.

Wyglądał jeszcze piękniej, niż w jej imaginacjach. Nieskazitelna Niebieskość biła od niego tak bardzo, że pociły jej się ręce. Żeby zająć czymkolwiek zbłąkane palce, jak zawsze z etykietką zrywała deszcz konwenansów tego świata. Potem składała go na pół, i na pół, i na pół i na pół. Dwa po dwa - pozbyła się zbędnego bagażu.
Forrest uśmiechał się niesamowicie. Była pewna, że ta wieloletnia przyjaźń nie była bez znaczenia, ale w jednej chwili wezbrała i zatopiła się we wrzącej lawie. 
Jenny wiedziała - tak wyglądało jej prywatne piekło.
Pokonywała każdy milimetr z dokładnością, jakiej zawsze jej brakowało.
Wszystkie zmysły skumulowały w opuszkach palców, jak w amoku, zaznaczały swoją obecność.
Pijąc wino bez wina, patrzyła na Forresta i wiedziała, że targowy klimat sześćdziesięciu pięciu maszynerii pochłonął ją bez reszty. [Forrest bardzo lubił maszyny, a ona żyła wiatrem jego oddechu we włosach].

***

Potem długo nie mogła zasnąć.
Tak bardzo się bała, ale tak bardzo pragnęła, żeby zawsze był obok.
Noc, niemiłosiernie krótka, przywitała ją wschodem zamkniętych oczu i promieniami jego ramion.
Nie wiedziała, kiedy umarła. Nie wiedziała, kiedy z piekła trafiła do nieba.
Odebrawszy sobie rozum, postanowiła umierać codziennie [...]. Świat wypadł jej z rąk. Nie chce łatwo, nie za sto lat.
A potem zniknęła. 
Jenny swojego Forresta.

27 czerwca 2013

Dwudziesty siódmy Magister Rudy Czerwca.

PANI ANNO!
PANI MAGISTER!
WIKASIE!
CIECIU NAJMILEŃSZY ^.^!




Trochę Emylyany, która chwyciła mnie mocno i wiernie, jak najwierniejsza butelka!

This is the lesson I had to learn,
This is the treasure I had to earn.
I am the owner of nowhere land,
Queen of the castle that's made of sand.


2006
Bo Cieć=Kierownik


2008 
Wyjątkowa Rudość istnieje między ludźmi, którzy nigdy nie żądają.


Dwa razy w prawo! Nigdy w lewo!


"Kiedy tak patrzysz, patrzysz, coś się budzi we mnie!
Nie zmysły, och, nie - na to warciśmy zbyt wiele,
Ale coś...coś, co chwycić silę się daremnie, coś jak ptak,
Co o klatkę tłucze się nieśmiele i chciałby hen, daleko, ulecieć w przestworza!
Do jasności, do słońca...! Ach, co ja znów baję!
Pana tu nudzi? Prawda? Nie przecz Pan!
Mój Boże!  Ja jestem mniej naiwna niż się Panu wydaje!"


no so Ty pierdolisz. dla ciebie gotów jestem umrzeć. piję cztery dni bo tak mi się podoba ciekawe co pierwsze pęknie mi serce czy wątroba piję i wyobrażam sobie jak tańczysz na mym grobie na nim napis tu leży fatalny przykład dla młodzieży spłycam? alkohol unosi. wszystko w-nosi(e)! 


Pierogi, które brzmią wspaniale, a smakują odwrotnie proporcjonalnie,
 zajmują w moim życiu miejsce szczególne. 
Po-Wiki-siłek.


Nie wiem, co wyjątkowego powinnam dziś powiedzieć, żeby przebić jednym słowem wszystkie chwile, które dorastały razem z nami i tworzyły naszą historię.
Kiedy podlewam kwiatki - myślę tylko o Tobie.
Nic nie usycha.
Kiedy mi źle, to wiem, że jesteś.
Kiedy mi dobrze, to wiem, że musisz być.
Mentor Wiki-wAnia.
Nie lubisz Ania, ale dajmy temu spokój.



Forewer Tugieder.
Aj promis.
:*


24 czerwca 2013

Ślepcy albo szepty.

Patrzę na zakazany owoc. Nie było mi dane poznać jak smakuje, ale wyobrażam sobie jego słodko-gorzką nutę. Smak, jaki śnił mi się każdej głębokiej nocy. Smak, o którym nie da się zapomnieć.
Pożądanie, słodycz, chemia. 
To wszystko, co w całej niepewności wydaje się najbardziej racjonalne i pewne.
Emocje biją się z myślami. Widzę gdzieniegdzie fioletowe siniaki. 
Są ciapki!
Skupiony wzrok rozbraja mnie na części pierwsze. Przeczesuję każdy włos. Milimetr po milimetrze sprawdzam, dotykam wzrokiem każdego fragmentu owocowego ciała i cumuję w ramionach, odbierając szyi oddech. Upajam i upijam zapachem. Pamiętam dotyk - jednorazowy i magiczny. 
Czuję jak patrzysz. Czuję jak ślepnę. Mów mi dobrze.
Czuję diabelskość i nieodpowiedniość w powietrzu, ale każesz mi oddychać dalej. 
Zarezerwowałam w piekle półkę. 
Mówię szeptem: dasz się zaprosić? 
!
Najchętniej na zawsze.



                                              Krzysztof Schodowski, Ślepcy Albo Szepty

13 czerwca 2013

Pozdro-Wienia

Piątego czerwca mury Uniwersytetu Warszawskiego były świadkami przedsięwzięcia, w którym to tabula rasa została zapisana nowymi, uzasadnionymi hasłami.
Ciężko powiedzieć coś mądrego o książce, z którą wiążą się lata znajomości, rozmów i przyjaźni. Pokątne uczestnictwo w powstawaniu dzieła zdaje się być czymś prawie tak samo wielkim, jak uczestnictwo w przewrocie, który właśnie się dokonuje. 
Dekonstrukcja kanonu - etap pierwszy.
Nigdy nie wiesz, czy list, który odnalazłeś w butelce okaże się tym, dzięki któremu odnajdziesz długo poszukiwany sens. Może Cyprian wymieniałby dziś z nami maile? Może podziwiał widok na park z Twojego okna i razem ze mną eksplorował każdy zakątek, w przygotowanie którego włożyłeś całego siebie? A może wcale nie lubiłby mnie? Może wolał Ciebie?
Premodernizm skrywa w sobie głębię, o jakiej ciężko mówić racjonalnie. Czytam fragment z któregokolwiek środka wybierzesz i wiesz, że czuję się jak wtedy, w dwadzieścia dziewięć, kiedy chustoszaliki [niczym pierścienie Saturna] chłonęły każde Twoje słowo i małymi łykami, zaczynały rozumieć, że myśleć nie znaczy mówić?
Ile dni, wieczorów i nocy spędzonych przy a-susach i Mahlerze! Dla Cypriana z Laskowa to bogactwo tak wielkie, niczym złote buciki, do których bije jego serce, a których założyć nie może na niegodną stopę Wieś-niaczyny niemalże z Łąki.
W myślach biję gromkie brawa, bo wielki Autor-ytet brzmi z każdym słowem coraz głośniej i śmielej.


W. Rzońca, Premodernizm Norwida na tle symbolizmu literackiego drugiej połowy XIX wieku.




Wiesławowi - Emilcia.

9 czerwca 2013

Niedziela konwenansów.

Dzieli nas barykada Twojego ekranu, Twoje słuchawki i komórka tak nowoczesna, że choć moja wydaje się identyczna, to zupełnie nie wiem, co począć, co wcisnąć, żeby łaska spłynęła na mnie jak struga deszczu.
Boli mnie palec, kciuk. Najważniejszy palec po prawicy.
Kiedy druga lampka nie gaśnie, nie niesie ukojenia - nie wiem co zrobić.
Gubię się w gąszczu myśli, których tu nie powinno być, które nie istnieją, wśród całego w Twoim mniemaniu pieprzenia i szukania zaczepek.
To boli, nie lubię tego i rozkładam ręce w imię nie radzenia z sobie sytuacją.
Rozkładanie rąk zwalnia z przypisania mi łatki taniej, jak nie wiem dlaczego akurat rosyjska dziewczyna, a marzy mi się Rosja Dostojewskiego, jego labirynt wprost z Petersburga i Rodia, oprowadzający mnie po mieście.
Nie ważne.
To wszystko wydaje się niczym w konfrontacji z Twoim nie zauważaniem problemu, którego Ty nie masz, a który wypala mnie wewnętrznie. 
Ginę, znikam, nie mogę w ten sposób!
Szukam sensu, głębi, celu.
Kłamstwo.
Czekam na miłość, która na mój widok smutnieje.
Chcę zbyt wiele?

6 czerwca 2013

Konsolacja na kolację.

Czekolada z pistacjami i półsłodkość bieli wypełniają po brzegi kieliszek wieczoru, określanego przez wielu, jako azyl.
Azyl - słowo, które przyciąga w myślach nie wiadomo dlaczego uzasadnione ciepło.
Otóż z ciepłem, podnoszę smukłą nóżkę wieczoru i... przechylamy ją do dna!
Jeden łyk pozwala na rozsmakowanie się. 
Warszawo, patrzę na Ciebie, zawsze po prawicy. Pomarańczowa łuna oświetla Zamek Kultury, a czerwone lampki ostrzegają japońskie samoloty, że centralne centrum to nie najlepsze miejsce do lądowania.
[Jednak ja Ci pozwalam. Znajdę miejsce na dachu i zamiast liny, pozwolę Ci zejść po schodach! Jestem dobra, naprawdę dobra i lepsza. Idealna do marzeń i zdatna do kochania.]
Drugi łyk czeka na trzeci. Kiedy dołącza do nich czwarty, wieczór zdaje się być w szczytowej formie i zachęca laików do rzeczy, o których za dnia baliby się myśleć.
Do drzwi zapukała nostalgia. Azyl ujął jej dłoń. Czuję, że nie wiedzą, jak przyznać się do długoletniego związku. Ubiegam ich. Uśmiecham się, klepię przyjacielsko po ramieniu i znikam. Kątem oka dostrzegam, że zatapiają się w sobie. Połączeni wieczną jednością, upajają i upijają lampką. 
Niech lampka zgaśnie! 
Lampka - winna! Lampka świeci pustością!
Zatopię ją na dachu.


2 czerwca 2013

Comfort and Happiness

Mój Nieznajomy, czy słyszysz to, co ja? 
Nie mam do Ciebie pytań, bo podczas nocy pełnej nostalgii uzmysławiasz to, o czym się zapomina. Zazdroszczę Ci, że odbijasz się od dna wśród tłumu, bo jego głupota uzasadnia zmęczony strach.
Nie mam zwyczaju polecać, ale nie umiem przejść obojętnie obok Nieznajomego, z którym, mam wrażenie, znamy się od zawsze.
Mój Znajomy.




Nieznajomy

Witaj nieznajomy, pytanie do ciebie mam - czy zdążę jeszcze wrócić? Drogi dawno już zasypał czas. Za oknem cisza, cisza jaką znam. Taka przed burzą, co zrywa dach.


Witaj nieznajomy, nawet nie wiem jak na imię masz. 
Patrzę na ciebie i myślę: czy to ja za kilka lat?


Za oknem szarość wchodzi w czerń, Ty wciąż nie mówisz do mnie nic. 
Na tym pustkowiu mieszka śmierć. Czy to tylko część mojego snu? Powiedz mi.


Ściany się burzą, szyby pękają na raz. Lecę w dół przez błędy wszystkich lat. 
Widzę wyraźnie pełne rozczarowań twarze, a w oczach ból i gniew uśpionych zdarzeń.


Kłamałem więcej niż kiedykolwiek chciałbym przyznać, a w mych żyłach płynęła krew zimniejsza niż stal. Dlatego dzisiaj jestem całkiem sam. 
Mój nieznajomy, czy widzisz to co ja?

Jak to możliwe, że ktokolwiek ufał mi? Pozornie szczery, lecz nigdy tak jak dziś. 
To samo miejsce, ten sam zmęczony strach. Wśród tłumu ludzi odbijam się od dna.