31 stycznia 2014

Peron piąty.


"Zielony to kolor nadziei. Nadzieja matką głupców. Głupota lubi tłum. Tłum nie lubi zbiorowości."

Różnica między tłumem a zbiorowością balansuje na krawędzi społeczności szeroko pojętej i indywidualności pojętej subiektywnie. Nadzieja tłumu karmi głupców tego świata, którzy uparcie wierzą w wyjątkowość jej instancji, jakby mogła być bogoczłowiekiem. I niech im będzie.
Siadam na czarnym, opieram łokcie na białym. Na chwilę zawieszam wzrok na zielonym, bo przełamuje i pieprzy słodkie konwenanse.


Bo moja nadzieja jest Niebieska. 

Uśmiecha się całym sercem i tym uśmiechem upajam się bez reszty. Nie patrzę wtedy w jej oczy, bo zatracam się, jak straceniec absolutny. Jej spojrzeniem upijam się nawet w samotności. W każdej sekundzie czuję na sobie jej wzrok. Głodny i węszący, jakby chciała smakować każdego kawałka mnie, każdego kawałka mojej duszy, każdego słowa, każdej sekundy. Myślą chwytam ją za silne ramię. Badam dłonią, czy to na pewno ona. Zaciskam palce, przejeżdżam opuszkiem wzdłuż i już wiem. Czuję. Czuję nawet we śnie. Rękę - tę, w której moja mieści się w idealnym dopasowaniu - muskam nosem, żeby nozdrza zapamiętały jej zapach na długo. Znam na pamięć każdy fragment skóry, odtwarzam każdy milimetr rzęs, każdy czarny włos - nawet wtedy, kiedy te płatają figle.
Nadzieja pisana i napisana.
Nadzieja nie dla świata, bo świat topi się w zieleni.

Bo moja nadzieja jest tylko Niebieska. 

15 stycznia 2014

Książęce sprawy.



Pewien Książę potrzebuje pomocy.

To naprawdę zacny kawaler, szarmancki, chociaż zdarza mu się być przytulającą przylepą Mamy i Taty. Niech będzie - tulącą albo gryzącą przylepą jest często i za każdym razem wygląda wtedy uroczo.
Kacper wcale nie jest ciekawym świata chłopcem. Kacper jest arcyciekawym świata chłopcem, którego ciekawość może zostać zaspokojona. Każdy z nas może mu w tym pomóc, bo razem się da, bo możemy być wsparciem. Na http://cogryziekacpra.pl/ możecie śledzić każdy dzień Księcia i jego królewskiej Rodziny. Co tak naprawdę go gryzie?






1 stycznia 2014

Mów do mnie jeszcze.

Nie ma tu niczego łatwego.
Każdego dnia jestem o jeden dzień starsza i mam średnio o jedno doświadczenie więcej. Nawet ktoś tak kiepski z matematyki, wie, że przez rok doświadczeń zbiera się trzysta sześćdziesiąt pięć.


W kolejnym roku istnieje szansa wykorzystania tych, które zebraliśmy wcześniej, istnieje szansa zdobycia nowych. Można łączyć, kombinować, próbować, rozdzielać. Kombinacja gębą pełną herbaty.
Wyznaczmy granicę osobowości.
Zaczyna się na czubku głowy, a kończy na stopach? Opływa ciało, pluska się w umyśle, nurkuje w emocjach. Co Ty na to?
Czy granica osobowości równoważy granicę akceptacji?
Czy mając świadomość własnej trudności, własnej doskonałości i niedoskonałości można nie mrugać okiem, można się nie wahać?
Nie waham się, nie mrugam okiem. Tak - jedno otwarte jest bardziej. Być może to w nim mam więcej empatii, a w drugim odrobinę cierpliwości.
Nie waham się, nie mrugam - akceptuję.
Akceptuję, słucham, słyszę, mówię, rozmawiam, jestem.
Czy w przekonywaniu świata o wyjątkowości tego, co dzieje się tu i teraz istnieje jakaś prawidłowość? Czy wyjątkowość to cecha, którą można pokazać?
Nie chce mi się przekonywać świata. Nie chce mi się pokazywać światu.
Lubię słowa. Najbardziej dlatego, że potrafią być wyjątkowe i chwycić mnie za serce, chwytając jednocześnie za rozum. Można nazwać go również intelektem.
Słowa utożsamiam ze wszystkim, czego potrzebuję, ze wszystkim, czego pragnę, ze wszystkim, co mam.

Jesteś słowem, które wymawiam najczęściej.

9 grudnia 2013

Namiastki.

Spośród czterech krzeseł wybierasz to, na którym jesteś każdego dnia. Uśmiechasz się zza monitora, rzucasz żartem, zerkasz, rzucasz. 
A ja łapię. Uśmiecham się, łapię, słucham, uśmiecham, bawię, łapię.

Waham się między zapachem mango, a zapachem półsłodkości. Muskam nosem centymetry uprzednio zbadane, zapamiętane matematycznie doskonale. Nie-winne noce napawają mnie niebieską błogością bycia, ładują baterie koloru, który zdominował tęczę.


Myślisz, że wszystkie niebieskie butelki mają więcej głębi, niż nasze oczy, kiedy są najbardziej niebieskie? 
Czasami brakuje mi słów. Czasami brakuje gestów. Taka jestem niedoskonale niedoskonała.

Wiesz, jaki piasek mam w klepsydrze?
Piasek, który jest "pięknem i czasem", Zegarmistrzu.
Nasze kolejne trzy minuty.


18 listopada 2013

Happysad.

Podświadomość to figlarka, która płata raz po raz kolejny dysonans. Nie pyta o pozwolenie i nie puka do drzwi. Niezapowiedziana, niechciana, bezczelnie przekracza próg, siada w najwygodniejszym fotelu i sieje przeraźliwy niepokój, którego nie sposób się pozbyć.
Nie zrobię więcej zdjęć. Nie widzę Cię. Nie wiem. Boję się.


Może to ten deszcz, może przez tę mgłę, ale w każdej twarzy ciągle widzę Cię.

Kiedy marzną dłonie, ogrzewają je Twoje dłonie.
Kiedy marzną stopy, ogrzewają je Twoje skarpety.
Kiedy marznie serce, wzrok staje się coraz bardziej pusty, coraz bardziej ciemny, a twarz kamienieje drżeniem podbródka. 
Najtrudniej zapanować nad ściśniętym gardłem, wyrównać oddech, przywdziać urok osobisty z uśmiechem, którego przecież nie ma, który padł i krwawi niebieską krwią proletariusza.
Oby się tylko nie wykrwawił.
Może to przez szaro-bure Niebo, a może przez czerwoną rewolucję emocjonalną.
Nasz Kraków pachnie mlekiem z mydlanymi bańkami. Nasz Kraków spaceruje błogim tempem Pielgrzyma.
Niech Kraków uwierzy, że...
Widzę Cię. To przecież właśnie Grzech.

4 listopada 2013

Dobre rady, rady lepsze.


Wyznaczniki wyznaczają wiele wartości. Być może dlatego, że wszystkie zaczynają się od "wu", a może dlatego, że zamysł wartościowania skupia się na swego rodzaju aksjomatach.
Ile potrzeba do szczęścia?
Trzynaście lat? Trzynaście związków? Trzy w dwa? Dwa w trzy?
Nie wiem. Ciągle kiepsko u mnie z matematyką.
Czy rozgrzesza mnie nieczystość czystości? Przykazania i zakazania przetarte chustą z Twoją podobizną?
Nie wiem. Ciągle szukam samorozgrzeszenia.
Czy racjonalne tłumaczenie pociąga za sobą sens, którego warto szukać, za którym warto podążać?
Jak racjonalnie zaszufladkować miłość? Jak zmieścić ją w szufladzie, w której ciężko znaleźć cokolwiek, a mimo to ma się tę pewność, że właśnie ta szuflada jest najbezpieczniejszym miejscem na ziemi?
Nie wytłumaczysz. Nie zaszufladkujesz. Nie trzeba.
Zawsze bawił mnie czas - czas, czas, czekanie i oczekiwania. Dzisiaj kajam się przed nim i zwracam należne mu resztki honoru. Może będzie ich jeszcze kiedyś potrzebował, a może mnie przyda się lepsza z nim komitywa. 
Interesowność czy zapobiegliwość?
Nie wiem.
Szczęście ma imię. 
Kosztuje jeden uśmiech. Jedno spojrzenie. Bez wymuszeń, bez próśb i błagań.
Dobra wola Grzechu. Lepsza wola piekieł.

14 października 2013

Za rękę hę, hę.

Urodzenie pociąga za sobą pełną prawidłowość funkcjonowania, której nie da się udusić, nie da się utopić, nie da się zapomnieć. Jesień daje nowe życie, które muskam kobiecą dłonią. Od tej pory zwracam uwagę na dłonie. Na życie też zwracam uwagę.
Jak bardzo milion może być milionem, kiedy milion i jeden to już nie to samo?


Ciągle nie mogę pozbyć się bez-trosk-(o, Twój wołacz!)-i-jego uśmiechu!
Wyglądam jak mój Adolf?
Buty, płaszcz, brakuje mi szpicruty. Pytanie?
Doczepiam wąsy, potykam się o kamień, którego być może tam nie było i być może macham wtedy ręką w niemieckim, spolszczonym do granic niemieckości pozdrowieniu.
A jezioro mieni się w słońcu, jakiego tej jesieni już nikt nie zobaczy, a las pachnie wiatrem, las pachnie mchem. 
Pachnę Niebieskim. Pachnę moim Niebieskim-zielonookim, patrząc niebieskim zielonym okiem. Nawet siniaki najpierw robią się niebieskie, a potem zielenieją z zazdrości. 
A poniedziałek jest tak bardzo po niedzieli, że zdarza mu się zdrzemnąć.



10 października 2013

Mru mru.


Patrzę Im prosto w oczy, bo nie mogę uwierzyć, że każdego dnia uśmiechają się tak samo.
Uśmiechają się beztrosko, jakby północna bryza rozwiała zwyczajową szarość, zastępując ją niebieskim butelkowym albo niebieskim niebiańskim.
Szukam celu, stukam w klawisze, szukam celu, stukam w klawisze, szukam, stukam, szukam, stukam, czekam.
Ile kosztuje kilogram stabilizacji? 
Stosunek szarości do niebieskiego wynosi osiem do dwóch. Rozbiegane osiem i mocne dwa.
Osiem grzechów głównych i dwa piekielne.


Można schodzić do Piekła parami? Można schodzić do Piekła na stopach? Czy Piekło może być niebieskie?
Owijam wokół palca wzrok, którego łaknę nawet z zamkniętymi nozdrzami. Patrzę na zapach i milimetr po milimetrze muskam nosem ramię dopasowane idealnie.
Wierzę w dopasowanie, bo mruczę o poranku.
W dopasowanie wierzę przeznaczone.
Twarz z milionem emocji potrzebuje głowy z milionem myśli.
Umowa?

30 września 2013

Jenny zabija skarpety.


Lubię chodzić na palcach. 
Jednostajnie albo wręcz przeciwnie. 
Tupię zdecydowanie smukłymi niby-szpilkami, których przecież nie ma. Chodnikowe połączenia przeszkód, kratki, wycieraczki - to zmowa milczenia i złośliwości rzeczy martwych.
Lubię bose oczy utkwione w punkcie kulminacyjnym, który kulminuje środkowe początki. Może to powieka, a może źrenica. A może ciągle stopy?

Indywidualistki, indywidualiści.
Nie liczą kroków i kroczków.
Najchętniej łączą się w pary.
Dopasowują się od tak i ot tak.
Mimochodem albo mimopędem.

Wiesz kiedy chód ma sens?
Wtedy, kiedy jest jednostajnie oddany.


Zamykam oczy i widzę bose stopy Pielgrzymów, które mógłby palić gorący asfalt. 
Bose stopy Pielgrzymów, masowane przybrzeżną zielenią głupców.
Stopy biegające, skaczące, czekające by dotrzymać kroku.
Stopy kroczące beztrosko.

Bosa stopo Forresta, przytulam Cię bosą stopą.
Jenny.

27 września 2013

Że się boi jak ja.

Siedzę z duszą na ramieniu. 
Bywa naprawdę ciężka i miewa humory. Może huśtawki. 
Czuję, że gdybym była duszą, uwielbiałabym się huśtać. 
Krok do przodu. Krok w tył. Krok do przodu. Krok w tył. 
Krok do przodu!
Wyrzekam się tego, co niewygodne i tego, co trudniejsze niż się wydawało.
Mierzę się centymetrem z historią napisaną opuszkami palców i za każdym razem milimetry nie są sobie równe. Jestem życiowym tchórzem? A może ciągle mam problem z matematyką? 
Nieustanne mierzenie. Ze sprawami.
Nieustanne ważenie. Słów.
Nieustanne liczenie. Na siebie. 
Nieustanne mnożenie. Przeciwności.
Podobno minus i minus daje plus. To bez sensu. Minus i minus to wielka pustka. To brak, jaki doskwiera matematycznie i spotęgowanie. Wrzesień minusów. Zakończmy wrzesień, zakopmy go lub spalmy w Piekle.
Październik zaczyna się od wtorku, wiesz?
Będę liczyć dla Ciebie wtorki.
Od wtorku uwielbiam wtorki. 



Patrzę prosto w Twoje oczy.
Najbardziej niebieskie są wtedy, kiedy niebiesko dzieje się dookoła. 
Patrzę we wtorek, w czwartek i w piątek. Lubię je, choć nigdy nie wiem, który z miliona kolorów akurat przez nie przemawia. 
Moje są zielone, głupio zielone. Bywają szare. Czasem niebieskie.
Mogą być niebieskie?

12 września 2013

Oswajanie.

Kiedy szuflada wydaje się za mała, ciężko zaszufladkować w niej coś jeszcze.
Nieopatrznie można zgnieść, przycisnąć, przyciąć coś. 
Można też przycisnąć kolejny raz i kolejny. Można żałować, jeśli na zgniecionej, przyciśniętej i przyciętej zależało. Może nie zależeć.
Szuflady mają to do siebie, że nie potrafią się rozrastać.
Wczoraj w Niebieskiej szufladzie mieściła się Jenny. 
Dzisiaj szuflada jest zamknięta.

Krzysztof Schodowski, Oswajanie

Krok po kroku, małe stopy próbują dogonić większe. Czasami małe tak się zapędzają, że gubią się i tracą większe z pola widzenia. Wtedy, całkiem same, szukają śladów, które doprowadzą je do bezpiecznej przystani, szukają większych. Ciągle nie umieją pływać. Oddycha im się coraz ciężej?
Nie oddycha się. Umierają.


Oswajanie jest trudne, bo strach jest paraliżujący.



Oswajanie dzieje się wtedy, kiedy bierzesz do rąk drugie ręce, kiedy patrzysz oczami w drugie oczy i kiedy widzisz w nich strach, który drugim rękom każe uciekać, a jednak nadal są blisko.

Drugie ręce to wiele kosztuje. Moje ręce też. 
Kiedy ręce przekonają się, że dotyk nie sprawia bólu, że idealne dopasowanie jest idealnym dopasowaniem, zaczynają się oswajać.
Moje ręce ciągle się uczą, żeby nie spłoszyć żadnego palca, żadnego rozchwianego emocjonalnie włosa. 
Moje ręce są takie nieidealne.
Są takie, jakie widzisz.

5 września 2013

Świat wypadł mi z rąk.

Nie można zabierać komuś powietrza. 
Nie można zabierać komuś powietrza, które się podarowało, którym też się oddychało, które było naprawdę.
Wiesz jaki to ból? Jakby każdy Niebieski dzień był czarny. Jakby Niebieskie myśli stawały się czarne, jak burzowa noc. 
Boję się burzy.  Bardzo boję się burzy. 
Nie mam czym oddychać. Powietrze dusi się moją obecnością, bierze ze swojej sfatygowanej szuflady wielki nóż i odcina cząstki mojego ciała tylko po to, żeby wyrzucenie mnie z niej było prostsze. 
Przecież masz do poukładania całe biurko. Całe biurko. Jedna szuflada to zbyt wiele? 
Mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Może milion. Milion bez Powietrza nie istnieje.

"Jenny, mam na imię Jenny.  Może to coś zmieni?" - tak śpiewała Edyta. Lubisz ją. Ja też ją lubię.
Chociaż Jenny robiła WSZYSTKO, by zniknąć - Forrest po prostu był obok. Kochał ją bezwarunkowo, jak bezwarunkowa jest miłość.
Jego dziewięćdziesiąt procent i jej dziesięć procent - zaangażowania. Bez licytacji, bez honoru.
Nie ma honoru. Nie ma licytacji. 
Gdzie jest akceptacja?



Jesteś jak Jenny. Emocjonalnym alkoholikiem. 
Forrest wyleczył Jenny. Oboje chcieli.


29 sierpnia 2013

Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego oraz Mein Kampf – „wybraństwo boże” przelane na papier, czy nowa biblia Narodu?

Czy Mickiewiczowskie Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego oraz Mein Kampf Adolfa Hitlera są dziełami, które mogą uchodzić za filary nowej ewangelii? Czy możemy określić je mianem „wybraństwa bożego”, a może są przejawem geniuszu obu twórców? Jednoznaczna ocena jest nie lada zadaniem, zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy, która otwiera przed nami szereg dodatkowych wątków tak historycznych, jak i kulturowych, emocjonalnych, czy, a może przede wszystkim - narodowych.
         Hitler pisał, a właściwie dyktował Mein Kampf, przebywając w więziennej twierdzy w Landsbergu. 20 kwietnia 1924 roku na swoje trzydzieste piąte urodziny otrzymał od Heleny Bechstein gramofon, zbiór płyt, a także maszynę do pisania. Pochłaniając w odosobnieniu dzieła zebrane Chamberlaina, dzieła Wagnera oraz Artura Schopenhauera i Fryderyka Nietzschego, z którym poczuł szczególną więź, Adolf postanowił, że sam napisze książkę. Jego myśli na papier starannie przelewał Rudolf Hess.
         Pod względem stylistycznym Mein Kampf było katastrofą – „pełne sztywnych i przesadnie wycyzelowanych zdań oraz pokrętnych niczym dżdżownica, niewiarygodnie nadętych potworków składniowych”. Pod względem zawartości – stanowiło zapowiedź walki ze zdrowym rozsądkiem. W związku z popularnością Hitlera – bohatera, osadzonego w twierdzy – dzieło odniosło oszałamiający sukces. Sprzedane w nakładzie ponad dziesięciu milionów egzemplarzy, uczyniło go multimilionerem.
         Podobnie, jak w przypadku Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego, już sam wygląd Mein Kampf upodabniał je do Biblii. „Księga Niemców” oprawiona była w czarną skórę z wytłoczonym złotym napisem. Cała księga była „zapowiedzią walki z chrześcijaństwem na równi z humanistycznym obrazem człowieka i jakąkolwiek etyką”.
W Mein Kampf Hitler jasno dał do zrozumienia, że chodzi mu o coś więcej, niż ideologię – miał na myśli polityczne wyznanie wiary. Było ono dla niego ważniejsze, niż chrześcijańskie dogmaty, bowiem marzył o uczynieniu z niego nowej, politycznej wiary i ewangelii. „Musi się ona zatroszczyć o to, by przynajmniej w naszym kraju śmiertelny wróg [czyli Żyd] został rozpoznany, a walka z nim jako wspaniały znak świetlanej epoki ukazywała także innym narodom drogę ku zbawieniu walczącej ludzkości aryjskiej (…) Niech ów święty obowiązek takiego działania obdarzy nas wytrwałością, a nasza wiara niech pozostanie jego najwyższą patronką”. Przetworzenie „ogólnego, bazującego na światopoglądzie, idealnego wyobrażenia o najwyższej prawdziwości w ograniczoną do pewnego stopnia, sprawnie zorganizowaną, zjednoczoną pod względem duchowym i wolitywnym wspólnotę wiary i walki”, a więc polityczną religię, partię lub ruch,  miało być najistotniejszym dokonaniem, dla którego „z rzeszy częstokroć miliona ludzi, którzy przeczuwają owe prawdy (…) wystąpić musi jeden, by z apodyktyczną siłą z chwiejnego świata wyobrażeń szerokich mas wykuć granitowe dogmaty”. Owym „jednym” bez wątpienia miał być sam Führer. Jego rola sprowadzała się do walki o wprowadzenie nowych dogmatów od początku do końca. Mein Kampf stało się pretendentem do bycia nową biblią narodu, a Hitler samozwańczo ogłosił się twórcą programu i prorokiem nowej religii.
W przypadku Adama Mickiewicza Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego miały być katechizmem wiary dla przytłoczonej klęską, zwaśnionej, zagubionej masy emigranckiej. Wiktor Weintraub słusznie zauważa, że prawdopodobnym jest, iż adres czytelniczy Ksiąg, >>Bracia-Wiara-Żołnierze<<, jest dużo konkretniejszy, niż to się przyjmuje, że zadaniem Ksiąg było w pierwszym rzędzie utwierdzenie tej patriotyczno-bojowej egzaltacji, dostarczenie jej ideologicznego kośćca i religijnej sankcji”.
Księgi narodu były olbrzymim, prowadzonym biblijnym tokiem, obrazowym skrótem wykładu dziejów ludzkości „od początku świata aż do umęczenia narodu polskiego”. „Posługiwał się w nich poeta przedstawieniami >>figuralnymi<< i symbolicznymi analogiami (unia Polski i Litwy, jako >>figura<< połączenia wszystkich ludów chrześcijańskich w imię wiary i wolności; męka Chrystusowa jako >>figura<< upadku Polski i zmartwychwstania)”. Mickiewiczowska historiozofia zakładała nierozerwalną symbiozę wiary i wolności. Wykład dziejów narodów europejskich udowadniał, że wolność, którą na ziemię przyniósł Chrystus, a która w owym czasie była zniewolona przez imperatora rzymskiego, dała Europie średniowiecznej jedność. Jednak czciciele bałwanów i królowie pogwałcili ją. Naród polski był ofiarą tej zbrodni. „Księgi narodu wieńczyło proroctwo mesjaniczne, wywiedzione z takiego właśnie odczytania jej dziejów. Wieściło ono, iż naród polski tak jak Chrystus >>zmartwychwstanie i uwolni wszystkie ludy z niewoli<<”.
Księgi pielgrzymstwa natomiast są bezpośrednim zwrotem do emigrantów, jako tych, którzy byli „>>duszą narodu<<, nie >>tułaczami<<, lecz >>pielgrzymami<<, zaprzysięgłymi wędrować do >>ziemi świętej, Ojczyzny wolnej<<”. Mickiewicz wydobył z nich swego rodzaju moralny walor cierpienia i ofiary, który podnosił narodowego ducha walki. Wiara w Boga miała być fundamentem moralności. Nakazywała ona miłość do ojczyzny, pełną poświęcenia się dla innych. Właśnie ten element stanowił o wyższości pielgrzymstwa nad egoistycznym i zmaterializowanym światem bałwochwalczym, zdominowanym przez despotyzmy.
Tak bliski Polakom sakralny, biblijny, pełen prostoty, a zarazem namaszczony, dobitny i mocny w swej lapidarności język Ksiąg jeszcze bardziej przekonywał o ich niezwykłości. Wizja Mickiewicza utwierdzała Polaków o przekonaniu o ich „wybraństwie”, utwierdzała ich w przekonaniu, że najszlachetniejsze czyny i gorąca wiara doprowadzą do rewolucji, która przyniesie Europie nowy porządek, zapoczątkowany przez Chrystusa narodów – Polskę.
Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego oraz Mein Kampf prezentują swego rodzaju ideowe podobieństwo, w którym parenetyczna wizja postępowania uświęca środki. Zarówno Mickiewicz, jak i Hitler marzą o wielkości i sławie swoich narodów. Obaj stają się prorokami, których wizje materializują się na papierze i obaj wierzą w „wybraństwo” – uciemiężonych Polaków i białych Aryjczyków. Księgi i Mein Kampf to synteza gorącej wiary – wiary w naród, jego jedność i jego zwycięstwo.

25 sierpnia 2013

Książę na Łące.

Często zastanawiam się nad sensem istnienia, nad postępowaniem, nad emocjami. Zapętlam się w różnego rodzaju dysonanse, które w obliczu rzeczy największych, a na pierwszy rzut oka - niepozornych, okazują się nieistotne i potem pluję sobie w brodę, choć fizycznie - wydaje się to być niewykonalne. Ale pluję!

Dzień dobry Kacperku. Kacperku, Kacprze, bo Księciuniu wydaje mi się już być zarezerwowane.

Wczoraj na pomarańczowym, przykrytym niewinnością, siedziała bardzo ważna, jeszcze bardziej niewinna Osoba. Obserwowała i badała nowe miejsce.
Zapomniałam o pajęczynach na suficie! Uwierzysz?


Wiesz, najbardziej lubię noce. 
Opowiem Ci pewną historię. Historia jest taka, że ostatniej piątkowej nocy postanowiłam rozwikłać zagadkę Chłopca, którego nadziejowo-zielone gryzienie wypędziło sen, uporczywie dobijający się do moich oczu. To szczególna historia, bo Chłopiec jest Bohaterem bajki. Musisz wiedzieć, że wszystkie bajki kończą się dobrze. Taka jest zasada i pod żadnym pozorem nie możemy jej złamać. Zgadasz się? 
Chłopiec miał szczególny dar. Pozwalał dostrzec to, o czym boimy się nawet skrycie marzyć.
Wyobrażasz sobie? Pędzisz, trwasz, próbujesz, gonisz i pędzisz, a potem spotykasz Jego.
Bohatera, na którym Twój pęd nie robi wrażenia.
Bohatera, który trwa jeszcze bardziej.
Bohatera, który próbuje najmocniej.
Bohatera, który goni najszybciej.
Bohatera, który pędzi miłością bezwarunkową.
Ty też musisz go poznać. Ma najszczerszy uśmiech pod słońcem. Czuję, że się polubicie.

Sądzisz, że radość można zmierzyć centymetrem? Ja próbowałam! 


Mój Milion pierwszy raz okazał się za mały.





Niemiecki Mesjasz – pośrednik między Bogiem a narodem.

        Rok 1923. Od zakończenia I wojny światowej gospodarka niemiecka znalazła się na skraju ruiny. W owym okresie, okresie strachu przed rewolucją Hitler pozwolił, by po poświęceniu sztandarów w Bayreuth, Houston Chamberlain - zięć Wagnera, a zarazem prorok ruchu volkistowskiego, ogłosił go wybawcą Niemiec. Rzesza odnalazła swojego Mesjasza. Wspierany przez bogatych dobroczyńców - z piwiarnianego agitatora stał się lokalną sławą.
         „Hitler (…) dbał o wykreowanie bojowego wizerunku, pokazując się w butach z cholewami, trenczu i nieodłączną szpicrutą”. Jego kreacja przypominała skrzyżowanie Rienziego z Mussolinim, a pojawiając się na scenie, zawsze towarzyszyły mu rytuały wojskowe. „Orkiestry grały pobudzającą muzykę, a SA-mani, niczym podczas triumfalnego pochodu rzymskich legionów, nieśli flagi i sztandary z hasłem Deutschland, erwache! (zbudźcie się, Niemcy!), skandując Sieg Heil!, (…) i unosząc ramiona w >>niemieckim pozdrowieniu<<.” Ta ceremonia utwierdzała obywateli w przekonaniu, że mają oni do czynienia z mężem opatrznościowym, człowiekiem niezwykle silnym, który jest w stanie odmienić ich los.
         Nowy Parsifal posługiwał się w swoich przemówieniach stylizacją biblijną, tak obszerną, w omówionych wcześniej Mickiewiczowskich Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego. Michael Hesemann przytacza fragment jednego z przemówień Hitlera: „Jako chrześcijanin i człowiek z bezgraniczną miłością czytam ten passus, który głosi, jak Pan nareszcie  przemaga się i chwyta za bicz, by wypędzić ze świątyni lichwiarzy, plemię żmijowe! (…) Chcemy zapobiec temu, by i nasze Niemcy poniosły śmierć na krzyżu! Niechbyśmy nawet byli nieludzcy! Ale gdy uratujemy Niemcy, dokonamy największego czynu na świecie!” Tego rodzaju pseudoreligijna stylizacja była niezwykle efektowna i odnosiła zamierzony skutek. Biblijny język kreował Hitlera na katolika, co miało swój wymiar polityczny, odzwierciedlony w głosowaniach, ale przede wszystkim – dodawał jego postaci patosu, godnego proroka, reformatora, czy wręcz Mesjasza narodu.
         Legenda Hitlera rozbudowywana była z wielkim zapałem i w niedługim czasie rozrosła się do rozmiarów prawdziwego kultu. Najważniejszym inicjatorem tego przedsięwzięcia był Joseph Goebbels.
         Goebbels uważał się za „poszukującego Boga, mistyka, romantyka w wierze w Boga, który przez każdego przeżywany jest indywidualnie na sposób mistyczny”. W swojej pracy doktorskiej z 1921 roku, traktującej o historii dramatu szkoły romantycznej, stał się prekursorem powiązania  mistycznego poszukiwania Boga z tęsknotą za Führerem. „W tym samym czasie pojawiły się u niego skłonności antysemickie, utożsamiał bowiem żydostwo z tak znienawidzonym przez romantyków i mistyków materializmem”. Latem 1924 roku Goebbels zaczął zajmować się polityką, a jego osobista tęsknota za Führerem nasilała się. W swoim pamiętniku napisał: „Niemcy z utęsknieniem wyczekują tego Jedynego, Człowieka, niczym w lecie ziemia wyczekuje deszczu. (…) Ale czyż cud jedynie może nas uratować? Panie, ukaż narodowi niemieckiemu cud! Cud! Człowieka!!! Powstań, Bismarcku!”
         To właśnie Joseph Goebbels był człowiekiem, który politycznej pseudoreligii narodowego socjalizmu dostarczył rytuałów. To on do perfekcji opracował schemat oficjalnych wystąpień Hitlera – wielkość zgromadzenia, synchronizacja i reżyseria pochodów ze sztandarami, rytmy marszów i ekstatyczne inicjowanie okrzyków Heil!, trasa oraz domniemane spóźnienie Führera były wykalkulowaną sugestią masową, której zadaniem było „wyłączenie indywidualnego rozumu u pojedynczego słuchacza i jego zatracenie się we wspólnocie wierzących”. Adolf zawsze pojawiał się na scenie w przyćmionym świetle, co miało nawiązywać do „tajemnego czaru” bayreuckiego wystawienia Parsifala lub półmroku kościołów. Stale towarzyszyła mu muzyka – Badenweiler Marsch. Kiedy tylko marsz rozbrzmiewał, naród wiedział, że na scenę wkroczy ON. Wchodził zawsze tylnymi drzwiami. Swoje przemówienie rozpoczynał nieśmiało, zacinając się. Dopiero po nawiązaniu mentalnego kontaktu ze swoim źródłem – „Duch zstępował na niego”. „Zaledwie przed chwilą jąkający się, teraz rozpalał się aż do odurzającej, niekończącej się ekstazy, a słowa zdawały się wypływać z niego strumieniem. Gestykulując zamaszyście, często z zaciśniętymi pięściami, wymachiwał nimi w kierunku publiczności, która przestraszona i sparaliżowana poddawała się jego werbalnej sile”. W Mein Kampf czytamy: „Jednostka sama poddaje się magicznym wpływom, które my nazywamy >>sugestią tłumu<<. Pragnienia, tęsknoty i rzeczywista siła tysięcy ludzi jest gromadzona w umyśle każdej obcej jednostki. Człowiek, który przychodzi na takie spotkanie z wątpliwościami i wahaniem, opuszcza je pozytywnie wzmocniony. Dokonuje się w nim przemiana. Staje się członkiem społeczności”. Kiedy tłum, skandując Deutschland, Deutschland über alles, czekał na przemarsz oddziałów SA i SS z pochodniami, Hitler na ogół dostawał zapaści. Nikt nie przypuszczał również, że Mesjasz Rzeszy był tak naprawdę Mesjaszem scenicznym. „(…) to, co wyglądało jak trans, było przedtem pieczołowicie wystudiowane i przećwiczone przed lustrem, z początku pod kierunkiem znającego się na hipnozie Rudolfa Hessa, potem zaś pod fachowym okiem Erika Jana Hanussena, najsłynniejszego hipnotyzera swej epoki”.
         Chociaż Hitlerowi chodziło niewątpliwie o kilka miejsc w parlamencie, to jego naczelnym celem było zbawienie narodu. W tym celu w 1920 roku stworzył on niepodlegający zmianom program NSDAP. Dwanaście przykazań Hitlera, imitujących dekalog biblijny, podnosiło program partii do rangi dogmatu:
„Führer ma zawsze rację!
Nigdy nie łam dyscypliny!
Nie marnuj czasu na czczą gadaninę i arogancką krytykę, lecz zabieraj się do działania!
Bądź dumny, lecz nie zarozumiały!
Program niech będzie dla ciebie dogmatem; wymaga od ciebie największego oddania dla ruchu!
Jesteś reprezentantem partii i według niej postępuj. Być narodowym socjalistą to znaczy dawać przykład!
Najwyższym przykazaniem niech będą dla ciebie wierność i altruizm!
Bądź wiernym kolegą, wtedy staniesz się prawdziwym socjalistą!
Traktuj swoich pobratymców tak, jak sam chciałbyś być traktowany!
W walce bądź nieustępliwy i dyskretny!
Odwaga nie jest chamstwem!
Słusznym jest to, co przynosi korzyść ruchowi, a tym samym Niemcom, tzn. twemu narodowi!”
Program ten nie wzywał do wspólnego myślenia czy współkształtowania czegokolwiek – nawoływał on do niezachwianej wiary. Można by zmieścić go w dwóch słowach: Adolf Hitler. Mein Kampf zaś było ewangelią brunatnego ruchu.
         Hitler, podobnie jak Mickiewicz – przeinaczał rzeczy znane. W Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego cierpienie Polski, niczym cierpienie Chrystusa, miało odkupić grzechy ludzkości. W przypadku „religii” Hitlera – zbawieniem Aryjczyka było oczyszczenie krwi ze skutków zmieszania ras, podobnie, jak w biblii, gdzie krew Chrystusa miała zbawić ludzkość. „Tak, jak chrześcijanin wierzy w rzeczywistą obecność Chrystusa w eucharystii, tak narodowy socjalista przekonany był o realnej obecności Boga we krwi oraz w kolektywnej duszy rasy aryjskiej”.
Mesjański Führer Trzeciej Rzeszy był osobą, w której równe Bogu dusza narodu i dusza rasy – kumulowały się. Od prawieków Diabeł był wrogiem Boga – Diabeł, którego uosabiał Żyd. Był on zatem przeciwieństwem Aryjczyka. Kiedy „Lud Boży podejmie apokaliptyczną walkę z Ludem Diabła, a wcielone dobro pokona wcielone zło – Aryjczyk unicestwi Żyda”. Ignorowanie, uznanie za propagandę lub ezoteryczne brednie tezy brunatnej gnozy krwi, mówiącej o samozbawieniu przez ludobójstwo sprawiły, że Niemiecki Mesjasz miał kolejne dwanaście lat na urzeczywistnienie swoich proroczych wizji.